środa, 18 października 2017

O tym, że nie mogę.


Jakby można było robić zdjęcia samymi oczami, albo okularami, no tak że tylko mrugasz i już jest z przytajki zrobione zdjęcie tego, co akurat widzisz, to bym wam teraz mogła udowodnić, że jakieś trzy tygodnie temu jechał ze mną autobusem Elton John (w roboczych granatowych spodniach) i to było w poniedziałek, a zaraz potem w środę czekałam na autobus razem z Rowanem Atkinsonem alias Johnny The Bean (pił soczek z kartonika przez słomkę i patrzył w góre na tablice odjazdów, a ja usiłowałam ukryć cielęcą radość i nie gapić się zbyt ostentacyjnie)

No ale nie można, tych zdjęć, więc wam nie udowodnię.
Ale uwierzcie mi na słowo, czekanie na autobus z Janem Fasolą rozjaśnia resztę dnia anielską światłością :)

No a jeszcze później, w czwartek po pracy, wyszłam z autobusu na moim przystanku, ze wzrokiem standardowo wbitym w ziemię (bo na co tu patrzeć w zatłoczonym autobusie) i sobie chodnikiem idąc patrzę, a tam w zeschniętych liściach taka karteczka leży, trochę pomarańczowa trochę brązową, całkiem jak banknot 50 Euro. Myślę sobie, pewnie ze słonecznika, bo te lata walających się po ulicach sztucznych pieniędzy ze słonecznika odcisnęły trwałe piętno w moim umyśle, ale przecież zaraz zaraz, w tym kraju nie je się słonecznika, no i się okazało że to jest jednak prawdziwe i zabłocone 50 Euro. Które bezczelnie przytuliłam i teraz sobie za to kupię kredki (jak w końcu znajdę czas, bo wychodzi na to, że trudniej znaleźć czas niż pińc dych)

No taki tydzień pełen przygód to był.

Ale to teraz odległa przeszłość już jest, błoga kraina leżąca trzy tygodnie za stromymi górami zapie*dolu, spienionymi rzekami dzikiego wku*wu i bezkresnymi, szarymi równinami desperacji.
 
Dzieli mnie od niej też na przykład orkan Ksawery, który zafundował mi czterogodzinny powrót z pracy do domu, opłotkami, liniami autobusowymi biegnącymi skrajem cywilizowanego świata, normalnie po jednej stronie drogi jeszcze ludzkie domostwa ogrodzone ostrokołem, a po drugiej już dzicz pełna potwornych stworzeń z zakrwawionymi zębiskami do pasa, a ja w autobusie wypchanym po brzegi, i w dodatku nie miałam się nawet czego trzymać i kolebałam się we wszystkie strony zgodnie z ruchami masy ludzkiej dokoła mnie, jak taka maleńka rybka kołysana ramionami ukwiału.

I w ogóle mam takie uczucie, że jakoś już nie mogę. No normalnie nie mogę.
A wy? Możecie?

Niby sobie tak mówie że no weź, nie bądź leniwy klusek, zrób coś, może się na jakiś sport zapisz w końcu, może okaz więcej chęci, iskrę wskrześ, ikrę znieś, czy coś, chociaż poodkurzaj na kwadracie, ale zaraz potem jakiś głos mi od środka puka w czółko i mówi "ale po co?"
I na to pytanie właśnie nie znajduję odpowiedzi.

Jedyne co mi radość sprawia to Inktober, patrz Instagram, bo po pierwsze się człowiek przy tym natyka na ludzi z fajnymi talentami, i po drugie mam straszna słabość do rysunku, czy to ołówkiem czy tuszem, wszystko jedno, byle dobrze. Sama nie umiem, więc mi to niesamowicie imponuje.
Ale to że nie umiem, oczywiście mi nie przaszkadza próbować, to pewnie po jakimś odległym przodku, co to odkrył pewnego dnia, że przypalonym patykiem można cudnie odtworzyć na skale bujne atrybuty samicy alfa, i z wysuniętym ozorem oddał się bez reszty temu twórczemu dziełu. I wstrząsnęło nim to tak dogłębnie, że aż mu się coś w DNA przestawiło, i jego potomkowie - czyli też ja - mają tak do dzisiaj. Dasz takiemu ołówek, alibo kawałek węgielka, a od razu zaczyna się ślinić i mamrotać, i ucieka z kawałkiem papieru w jakiś ustronny kącik (za potrzebą, tak, ale tą duchową!)

Ale Oktober-Inktober się skończy zaraz, zacznie się terror wszechobecnych Mikołajów o niewyględnych mordach i innych aniołków skrzywdzonych genetycznie. Choć półki sklepów coraz śmielej wypełniają ostatnio czekoladowe wiewiórki, i one też są trochę niepokojące, jak tak patrzą dzikim, wiewiórczym wzrokiem, ustawione w równych szeregach i warstwach w tych swoich zbrojach ze złotka. (Odział Biały Ząbek, do atakuuuuu!!!! Nie brać jenców, od razu przegryzać tętnice)
Potem będzie dzień w środku zimy, z którego nie wiadomo dlaczego trzeba się cieszyć, czyli Sylwester, no a potem to już tylko czarna doopa aż do marca.

Taa.

Ehhh...

Dobrze że chociaż farbki nie tracą kolorów na zimę. Pooglądajmy sobie zatem kolejne kotki, trzymają się mnie bestie dalej zębami i pazurami, to już ponad 2 miesiące będzie, bo od urlopu.
Nic tylko kotki i kotki. Czy, drogi pamiętniczku, malując kotki można zbić fortunę i wyjechać w ciepłe kraje?
(Może i można, ale na pewno nie przytrafi się to komuś tak odklejonemu od rzeczywistości, że permanentnie usiłuje wejść do nieswojego auta, nawet do Audi combi które ostatnio miał na stanie, uwaga, dwa auta temu. I przynajmniej raz w miesiącu chce się włamać do nieswojej klatki schodowej. Już nie mówiąc o tym, że żeby powiedzieć ile ma dokładnie lat, musi sobie policzyć - na szczęście człowiek ten wie, w którym roku się urodził, alleluja!)
 
 
 

Te dwa kociołaki po prawej (górny po prawej i dolny po prawej) są do oddania, za free i dobre słowo, jakby ktoś chciał, to palec pod budkę. Tylko bez złudzeń, to nie są jakieś tam kociska wielkoformatowe, którymi wytapetujecie cały sufit - choć pomysł to przedni - mają jedynie 9 cm średnicy. Kociątka takie małe.

No. To ten. Miłej reszty tygodnia wam życzę. Macie już ten pył z portugalskich pożarów na niebie? My mieliśmy wczoraj, i było DZIWNIE. Ciemno, zimno, a słońce było malutkie i czerwone. Czułam się jak dinozaur w obliczu wyginięcia, jadłam kalafiora na obiad i wyobrażałam sobie, że to ostatni kalafior na świecie.
(boże, jak to strasznie brzmi, ostatni kalafior na świecie!!! Da się żyć bez kalafiorów?)





 
 
......................................................
 
 



 
 

......................................................
 
 





......................................................







......................................................






 
 


poniedziałek, 9 października 2017

Jezus Marian!

Dziś krótko o jedzeniu.

Bo mieliśmy znowu zakładową fiestę, czyli kupę tłustego żarcia, przesolonego, przesłodzonego oraz dla równowagi (chyba?) zalanego octem.

Do tego skoczne muzyczne hity (a przypominam, jesteśmy w Niemczech ;) bijące żarem wyszukanej liryki wspomaganej bitem tak intensywnym, że trzeba było krzyczeć na interlokutora, i dać następnie jemu krzyczeć na siebie.

A ja strasznie nie lubię, jak ktoś na mnie krzyczy.
 
Niedobre jedzenie, hałas i small talk - no, "small roar" w tym przypadku - z ludźmi całkowicie mi obojętnymi to rzeczy, których unikam jak ognia, ale odwaliłam PONAD GODZINĘ tej pańszczyzny, więc jak ktoś chciałby zaklaskać, to serdecznie zapraszam, bo w pełni zasłużyłam.
Dziękuję.
(Duszyczka mi krwawiła jeszcze kilka dni)



 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 
 
Spróbowałam tam czterech czy pięciu sałatek, tak po małej łyżce dosłownie, i to była może i mała łyżka, ale wielki krok ku kamieniowi w żołądku i zgniłemu szczurowi w ryju.
Bo jakaś pomroczność umysł mój opadła, i zapomniałam, że północnoniemieckie sałatki składają się głównie z cukru i octu i zużytego oleju silnikowego (nie, żebym kiedykolwiek prubowała, ale tak sobie ten smak wyobrażam).
 
No to mi się przypomniało.
 
A wypluć było gópio, bo - uwaga teraz - kto usiadł przy stole dokładnie naprzeciwko biednego diabła, zafrasowanego hałaśliwym tłumem, straszliwą muzyką i kłopotliwą zawartością talerza?
Ano szef usiadł. A zaraz obok niego ten drugi po bogu. I pałaszowali radośnie, szef opowiadał o wakacyjnym nurkowaniu z mantami, o delfinach igrających z morską falą w różanym świetle zachodu słońca, no i nie licowało tak pluć sałatką.
Pogrzebałam więc trochu widelcem i uciekłam wywalić resztki do kosza, ale zgniły szczur w ryju pozostał, i tu popełniłam DRUGI BŁĄD, ja to durna jestem jak stóg siana, bo pomyślałam, że zagryzę tego szczura ciastem.
I wzięłam mikrokawałeczek śliwkowego z kruszonką, które smakowało cukrem skondensowanym w stopniu wręcz arcymagicznym (niejeden naukowiec by się zacukał nad sekretami tutejszych pań domu) i łyżkę tiramisu, które smakowało kwaśną śmietaną i w dodatku było bez alkoholuuuu!!!!! No przecież za takie coś powinni wsadzać do więzienia. To jest zbrodnia kulinarna.
(Po jednym gryzie pierwszego i drugiego - znowu do kosza)
(Szczur zachichotał złośliwie i mi się, że tak to ujmę: na dobre rozłożył w paszczy)

Żołądek mnie 3 dni bolał, a w głowie kłębiły się wspomnienia z różnych kantyn, stołówek i cateringów, z którymi przyszło mi mieć nieprzyjemność... Gdyby tak można było się obyć bez jedzenia! Taka strata czasu, sił i środków, które by można było zużyć na przyjemniejsze rzeczy, na przykład słoneczne wakacje trzy razy w roku! ehhhhh...
 
 
 
 
 

 
 

 
 
 
Współpracownicy siedzieli tam do wieczora i twierdzili, że zabawa była przednia a jedzenie przepyszne.
To drugie chwacko udowadniali czynem - okazało się ponownie, że w ludzkie żołądki o pojemności 0,75 litra (czyli butelka wina) gładko wchodzą 3 kg mięsiwa z makaronem i warzywem (trzy duże, kopiaste talerze), a do tego 1,5 litra piwa.
Nie licząc deseru.
Naprawdę tyle w siebie wrzucili w ciągu tej mojej godziny tam spędzonej - a jeszcze na początku przecież chwilę trwało rozpalenie grilla i upieczenie surowych kopytnych i skrzydlatych, więc czas samego wrzutu był krótszy.
Pojęcia nie mam JAK, na bogów, JAK oni to robią?!
 
 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...