środa, 16 sierpnia 2017

Dalej, wyżej, przez noc do gwiazd!

 
 
Opętała mnie (znowu) wizja latających, skrzydlatych domów.

Domów, które można bez trudu oderwać od podłoża i ulecieć nimi w miejsce bardziej przyjazne duszom mieszkańców. Tam zacumować - i trwać. Patrzeć. Czuć, słuchać. Być. Chłonąć obrazy, pozwalać im wrastać w serce, zapuszczać w nim te cieniutkie, elastyczne korzonki, które później ciągną nas zpowrotem w to samo miejsce.

A potem znowu w przestworza i dalej, wyżej, z wiatrem!

Pod mostkiem z tęczy, do lasów pachnących żywicą, na pola, nad oceany i morza, na górskie łąki porośnięte owieczkami!

I to wszystko bez pakowania walizek, niewygodnych kosmetyczek, w których nigdy nie można znaleźć tego, czego akurat się szuka, wygniecionych ciuchów wyciągniętych z trzewi plecaka - za to z własną łazienką, sypialnią i kuchnią z ulubionymi kubkami do herbaty.


.........................................
 

Zaczęłam więc budować taki Dom Ulotny.
Najsampierw trzeba poprosić Borsuka, żeby ukroił kawałek deski, poczym przy pomocy scyzoryka i papieru ściernego odpowiednio ten ukrojony kawałek "popsuć":




.........................................
 
 

Wybrać odpowiednie skrzydła z posiadanej kolekcji:
 
 
(Albo i nie - bo jak widać, w końcu dostał i tak całkiem inne, dorobione na poczekaniu. Bo najpierw miały być te środkowe, ależ jednakowoż nie harmonizowały kształtem)



.........................................
 


Ze zbioru Księżyców także należy wybrać odpowiedni formą i formatem egzemplarz, w kwadrze zalecanej do tego etapu robót w Astronomicznym Kalendarzu Budowlańca:
 
 

Tu też zmiana planów.
Miał być ten co leży najwyżej na zdjęciu, ale był za duży.
Dominował. Narzucał sie bezczelnie. Przejmował stery.
A nie chcemy żeby ciała niebieskie sterowały naszym życiem, prawda?
(Choć według niektórych i tak sterują)

 
.........................................

 

To samo z kolekcjami okienek, drzwiczek, gwoździ, metalowych kółeczek i pordzewiałych pierdółeczek - których zdjęć już wam oszczędzę - oraz ze zbiorem "wysepek".

Znalezienie odpowiedniej wysepki dla danego domku trwa dłużej, niż casting na rolę Dżejmsa Bonda. I udział bierze tak samo oszałamiająca ilość kandydatów. Mam ich dwa spore kosze i jak to na castingu - ten za mały, ten za chudy, za duży, za gruby, zbyt kostropaty, za mało kostropaty, ten może i ładny ale za stare próchno z niego, ten bez wyrazu zupełnie, za płaski, za spiczasty, za szeroki w barach, zbyt krągły, za mało krągły, za ciemna karnacja, za jasna, no fajny ale nie ten typ, a ten to mi się niech nawet na oczy nie pokazuje więcej - itd. itd...
 

Później z bezmiernej połaci kosmosu należy wykroić sobie - nie musi być równo - odpowiedniej wielkości fragment z paroma miliardami gwiazd. Tylko ostrożnie, żeby nie pospadały.

Żeby nasz fragment universum nie ubrudził ściany jakąś kopcącą kometą, ani nie podrapal tapety spiczastymi ramionkami gwiazd, pociągamy go z tyłu ze dwa razy lakierem bezbarwnym.

Przyczepiamy haczyk do zawieszania na ścianie - i teraz zostaje to najlepsze: posklejanie elementów w całość, utrwalenie wizji :)

 






O, a tu można sobie zacumować:

 
 

I tu też:

 
 

 

To teraz już tylko wystarczy poupychać w kuchni trochę prowiantu i obrać kierunek i cel!



(Dom Ulotny będzie niebawem do nabycia w Le Szopie - jak do tego dojdę)

(Oraz napiszę o urlopie i nawet zdjęcia pokażę, tylko później, bo laptopek przechowujący zdjęcia w swoim brzuszku troszku się zbiesił i jest w naprawie)

poniedziałek, 17 lipca 2017

Czym wybrukowane jest niebo? (Oprócz tego, że dziurami, bo ciągle cieknie)


Cała niedzielę padał deszcz. Od samego rana. Siedzieliśmy w domu i ja osobiście byłam na krok przed obłędem, chwilę wytchnienia przynosiło tylko obejrzenie kolejnego odcinka serialu - no lepsze to niż nic. Telewizor został potraktowany parytetowo, trochę Borsuk oglądał swoje programy dla chłopców (autka, maszyny, remonty) a trochę ja Sense8, w sumie chyba cztery odcinki.
Cztery kroki dalej od otchłani szaleństwa.

(Ktoś odpowiedzialny za dialogi troszeczkę odjechał i opakował Nietschego w czarnoskórego dwunastolatka z gangu w Chicago: "When you look into the ghetto, the ghetto also looks into you" Ale poza tym serial w pyteczkę)

O godzinie 21 chmury się rozstąpiły jak zaczarowane i niebo stało się złośliwie i bezczelnie błękitne - po co komu słońce w niedzielę o 21?! No i dziś ma być ładnie, ale rano było okropnie zimno ze względu na ten wczorajszy zimny deszcz - więc do pracy szłam w swetrze i jesiennej kurtce, i w czapce nawet. A po południu będę to wszystko tachać pod pachą jak Cygan co zaspał przy ognisku i tabor mu odjechał sprzed nosa.
I kupię parę rzeczy w spożywczaku i już mam dwie siaty plus torebka, i weź się tu człowieku wbij w autobus przez te drzwiczki o szerokości 40 cm i jeszcze jakąś trzecią ręką okaż bilet.
Ehhh...
 


 
 
Ale przejdźmy do milszych tematów. Mam tu jeden taki drewniany rękoczyn, nie jest nowy, ale go tu jeszcze nie wstawiałam.
 
 
 
 
 

 
 

Dziubałam i dłubałam przy tym aniele niezwykle wytrwale, i tak raczej dosyć bardzo okropecznie długo, bo nie umiałam się zdecydować na kształt skrzydeł i układ kafelkowego gruzu...







Nad każdą plamką farby medytowałam trzy dni, nad miejscem przyklejenia każdego elementu to nawet ze cztery, o mało sobie jęzora nie odgryzłam w tym szale koncentracji i skupienia.
Ale jest! Jest. (Tylko za dużo tych kwiatków naćkałam chyba jednak?)
  
 
 
 
 

 
 

 
 

 
 

 
 

Piekło jest ponoć wybrukowane dobrymi chęciami. A czym, drogie dzieci, jest wybrukowane niebo?

Ano, niebieskimi kafelkami. Teraz już wiecie, nie będziecie zaskoczeni jakby co. Ale pamiętajcie żeby zabrać kapcie, bo na boso i tylko w tej białej koszuli nocnej, to na kafelkach może wam być zimno. A nie gardźcie też wełnianymi majtami, wasz pęcherz będzie wam wdzięczny, bo jak tam sytuacja sanitariatów w przestworzach niebieskich, to już nie wiem. Może trzeba w przeciągach w kolejce stać, jak na kempingu.
 

 
 
 
 
 

Te kafelkowe szczątki to jest część łupów przywiezionych z Korsyki, deska zresztą też. W drodze na naszą plażę był taki fragment wysypany gruzem, a wśród tego gruzu leżały potłuczone kawałeczki starych kafli i zachęcająco się niebieściły. No tom zbierała, jeszczem nie wiedziała wtedy po co, alem zbierała, bo jak tu się oprzeć?

 
No i śnięty aniołek porośnięty kwieciem, tak jak >> ten tutaj<< ... otóż... mam niezrozumiały pociąg do śniętych aniołków i matekboskich o złych, zmrużonych oczach w ciemnych twarzach, które ledwo widać zza obfitych fałdów szat ciężkich od złotych haftów i klejnotów.

Nie wiem czemu, nie umiem dostrzec korzeni tej admiracji, ale gdzieś tam w mojej głowie jest obraz wszystkichświętych-bogów-i-aniołów, trwających cierpliwie od prawieków z zamkniętymi oczami gdzieś na granicy snu i niebytu, w onirycznym zawieszeniu, dopóki ten świat się jeszcze jakoś kręci, dopóki jeszcze jest jakaś nadzieja kulawa, że nie zeżremy się tu wszyscy nawzajem w imię abstrakcyjnych idei, które przyszłe pokolenie (jak nie to, to następne) i tak wywali do góry nogami, stratuje i zrobi wszystko po swojemu.

I kto wie, kto wie, może nawet starają się ci anieli w swoich snach pokazać nam jakąś lepszą rzeczywistość, utkać i wpleść w nasze własne sny plany alternatywnych, bezkonfliktowych rozwiązań.

Bo skoro już ich wymyśliliśmy, to starają się pomóc.

Ale my padamy wieczorami w łóżko, umęczeni walką z wiatrakami, i śpimy szarym, kolczastym, płożącym się w kurzu ziemi snem bez marzeń, więc nie ma szans na splecenie się światów naszych jaźni. Anielskie wizje i boskie plany dryfują niewykorzystane w sennej rzeczywistości, bez celu i sensu, póki nie rozwieją się w garstki kurzu, zmiatane przez słoneczny wiatr w kąty kosmosu. Gromadzą się tam w bure, pyliste chmury i coraz bardziej drapią anielskie krtanie, kłują pod świętymi powiekami, drażnią boskie nozdrza.

I jak nadejdzie taki moment, że ostatnia iskierka ich nadzieji jednak zgaśnie, to ci wszyscyświęci-bogowie-i-anioły otworzą swoje oczy złote, straszne, pełne płynnego ognia, i ich wzrok zaleje nasz świat, bez śladu litości i zmiłowania.

Bo ileż mogą się starać, i starać, a my nic.


No czyli lepiej, jak te oczy są zamknięte jednak.
Dopóki śpią, musimy się zmagać "tylko" sami ze sobą.
Odpuśćmy sobie kilka wiatraków. Śnijmy więcej dobrych snów.





poniedziałek, 10 lipca 2017

Widok ze wzgórza.


Pewnego razu lis Stefan, mając już dość błądzenia wsród kolczastych chaszczy, postanowił wejść na pobliskie wzgórze by ujrzeć szerszy horyzont. Wznieść się ponad plątaninę dzikich krzaczorów zasłaniających perspektywę i wszelkie widoki.


Jest bowiem mądrym lisem i wie, że takie spojrzenie z góry na całokształt zmienia postrzeganie detali. Nadaje jeden wspólny środek ciężkości, na którym równomiernie opiera się cała reszta.
Można wtedy nabrać dystansu potrzebnego do oceny sytuacji. Tu zaordynować wyrównanie szyków, tam załatanie ubytków.


Patrząc z góry nie potykasz się o złośliwie ukryte w listowiu, podstawione ci przez los kończyny.
Nie wpadasz w sidła płożących się po ziemi problemów, ani w wilcze doły porównań, dziwnym trafem zawsze niekorzystnych dla ciebie.
Zawiły labirynt wyborów, widziany z perspektywy obłoczka, ujawnia ukryte w gąszczu ścieżki. Jak dobrze popatrzeć, to i furtka się znajdzie.


Słońce świeci jaśniej na takiej górce, bliżej jest do gwiazd wskazujących prawidłowy kurs, do słodkiego zapomnienia, niebieskich migdałów, różowych marzeń. Do złotego milczenia przeplatanego tylko srebrnym trelem ptaszęcia.

A nawet jak zacznie padać deszcz, to spłynie w dół i zaraz wyschniesz - nie utkniesz po pas w błotnistym dołku pełnym brudnej wody i przegniłej koniczyny.


Stefan mówi, że dobrze czasem jest wejść na takie wzgórze, i życzy wszystkim znalezienia odpowiednich górek we właściwym momencie :*



 

 



.........................................



A tutaj to nawet jeszcze wyżej wlazł:


 
 

 
 

 
 

 
 

 
 



 
.........................................



A ja czuję zew puszczy. Znaczy, do drewna mnie ciągnie znowu.

W piątek po pracy wywlokłam więc mój skład materiałów drewnianych poupychany po kątach, i poczęłam ryć jak dzik w żołędziach.

Ludzie, ile to się trzeba naszukać, żeby znaleźć w stercie drewna dwa pasujące patyki, mając do dyspozycji ledwie półtora metra kwadratowego kuchennej podłogi!!!

Szukałam więc w piątek, szukałam w sobotę, przykładałam, przymierzałam, oko mrużyłam, pod wąsem mamrotałam, a w niedzielę pokazałam Borsukowi drewienka z narysowanymi ołówkiem liniami, poczym głosem pełnym ufności (i znającym sprzeciwu) spytałam "Pokroiłbyś mi deski?"

No i poświęcił Borsuk pół niedzieli na cięcie i piłowanie.
To znaczy, tak właściwie, samego cięcia to było może ze 15 minut, ale najpierw - ha! Najpierw pół dnia zajęło skonstruowanie warsztatowego stoliczka do piłowania, zakupionego w Lidlu po cenie niezwykle atrakcyjnej, a więc zwiastującej większe lub mniejsze problemy.
Raczej większe.
W sumie im mniejsza cena, tym większe problemy chyba w takich przypadkach.

I oczywiście - stoliczek okazał się typowym dziełem szatana, który gdzieś tam, w trzewiach Lidla, pracuje nad wynajdywaniem takich ofert i pewnie ma ubaw po pachy. I nawet nam, którzyśmy zęby zjedli na meblach do składania, za nic na świecie nie chciał się złożyć w funkcjonalną całość. Ale w końcu, w końcu, poskromiliśmy bestię. Buachachaaaa! Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni, piekielny lidlowy subiekcie.

Tak, wiem, jakby się kupiło stoliczek np. Bosha, to pewnie byłoby łatwiej, ale i milion razy drożej, a to z koleji skutecznie uniemożliwia Świnia Skarbonka, która w okresie letnim broni swoich wnętrzności z wściekłością Berserka pogryzionego przez szerszenie. No i w sumie ma rację, bo za to później na wyjeździe mniejszym czy większym szczodrze sypie dukatami na gałkę loda czy arbuzowego szejka. Coś za coś.

Ale wracając do szatańskiego mebla: były momenty, że myślałam, że stoliczek zaraz wyląduje na trawniku razem z szyba okienną, pchnięty borsuczą wściekłością.

Tak że ten, mam nadzieję że coś mi wyjdzie z tego drewna fajnego, żeby cały trud na marne nie poszedł, ale na razie niestety jest tak, że sama nie wiem, czy mi się podoba, czy nie...
Mam obawy.
Czas pokaże. A potem ja wam pokażę rezultaty.

Stay tuned.


.........................................
 

P.S. Jeśli ktoś kilka tygodni temu na północnych ziemiach germańskich, na dosyć gęsto zaludnionej ulicy, widział kobietę wyszarpującą stare dechy z kontenera z gruzem i śmieciami - to byłam ja. Proszę zbyt surowo nie osądzać. A tego jednego pana robotnika co to widział, to chciałam bardzo przeprosić, bo biedakowi o mało co oczy z głowy nie wypadły. Chyba pierwszy raz był świadkiem, że ktoś mu śmieci kradnie, zamiast podrzucać.

piątek, 7 lipca 2017

W imie czego?


Aktualnie niektóre ulice w naszej dzielnicy wygladaja >>tak<<
I wina za to spadnie oczywiscie na tych pokojowych demonstrantów, którzy naprawde chca cos powiedziec, a nie po prostu sie wyzyc i poczuc jak w filmie.

BRAK SLÓW. To naprawde byl swietny pomysl zorganizowac G20 w centrum wielkiego miasta. Gratulacje i dla organizatorów, i dla tych piromanów-idiotów.

Ciekawe ile czasu zajmie mi dzis powrót do domu. Dobrze, ze chociaz Dziecko Zpieklarodem akurat na wycieczce klasowej.

Jestem tak zla, jak juz dawno nie bylam.  

...................................

22:15
Dobra, przestalam sie zloscic bo przestali palic prywatne mienie. Teraz jest normalnie w miare, jak cos sie pali to tylko smiecie czy specjalnie po to przywleczone stare meble. 
Dobrze ze sa tak wielkie demonstracje, bardzo dobrze, bo to jest totalne przegiecie organizowac taka polityczna impreze w sercu duzego miasta, polowe go zamknac i odgrodzic uniemozliwiajac mieszkancom normalne funkcjonowanie - ale niszczenia mienia "cywili" po prostu nie umiem zaakceptowac. Nie i juz.
  ...................................

Sobota. Po "uroczej" nocy, gdzie znowu kwitla anarchia i wandalizm, zniszczono cala dzielnice, jedno wiadomo napewno: to nie ma juz NIC wspólnego z demonstrowaniem swoich pogladów politycznych. 
Smutne.

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Z najplugawszych kątów infernalnych lochów wypełznąwszy, zgrozę siać poczęli.


Ten kto odwiedza buraczane poletko na Instagramie, zna juz tych panów tutaj:

 


 
 
Cztery wstrząsająco potworne, demoniczne kreatury wypełzłe z najczarniejszych odmętów smolnych piekieł.
Szpetne upiory o spojrzeniu niczym zimny, tępy nóż szarpiący trzewia.
Parszywce siekające w deserowe plasterki serduszka małych foczek, jednorożców i chomiczków.
 
Gdzie spojrzą, tam wszystko gnije.
Gdzie dmuchną, tam tylko popiół zostaje.
Gdzie spluną, tam trucizna fontannami z ziemi wypływa.
Gdzie przejdą, tam wszystko więdnie i zaczyna gnojem walić jak porzucony chlewik wuja Mietka, gdy ruszy w dwutygodniowe tango do wioskowego baru "Rambo".
 
To plugawe twory wylęgłe ze zgniłego jaja w pełnym błota i siarki gnieździe pradawnego zła.
Upiorne poczwary śniące się człowiekowi po zgniłym śledziu w kapuście z grochem popitej kefirem.
Ostre szpony strachu chwytające za przysadkę i ściskające pęcherz.
No zresztą to widać:
 
 
 
Oto straszliwy Maszkary, Pożeracz Skunksów.  
 
 
 
 
 
 
La Manzana de la Muerte. Alias Skrzydlata Śmierć / Flying Exterminator / Huraganiusz.
 
 
 
 
 
 
 
Bananowy Sierp Zagłady. Żółtko z Otchłani Zła.
 
 
 
 
 
 
 
Smoliwirus zwany Wąglikiem.
 
 
 
 
 
 
Buaaaahaha, dzisiaj w nocy nie zaznacie snu.



..........................................................



A w ostatni weekend objechaliśmy rowerami jezioro Größer Plöner See.
Pojechało z nami tym razem także Dziecko Zpiekłarodem, które swojego roweru nie ma, więc musiało wziąć jeden rower Borsuka.
Do wyboru jest potężny, górski potwór do zdobywania niebosiężnych szczytów oraz mała, chuda kolażówka.
Kolażówka rozmiarowo bardziej pasuje do cienkiego jak szczypiorek Dziecka, ale jest pojazdem z poprzedniej epoki przemysłu rowerowego i ma tylko dwie przerzutki. Czyli w sumie jakby w ogóle nie miała. Więc trzeba mieć krzepę, żeby na niej wjechać pod górkę.
Kolażówki dosiadł więc Borsuk, a Dziecko - górskiego potwora.
No i jak tak jechali obok siebie, to wyglądali razem jak niedźwiedź na dwóch pokrywkach od garnka i komar na motorze, i przyznam szczerze to dosyć zabawne było, hy hy ;) 
 
To było 40 km tylko, ale z niespodzianką - bo ja, naiwna istotka myślałam, że będzie raczej płasko, a okazało się że było prawie ciągle pod górkę (nie wiem jak to możliwe, ale było). W związku z tym musiałam 3 razy nieco podprowadzić rower, bo istniało ryzyko, że jeśli nie zejdę z bicykleta na chwilę, to zejdę z tego świata, i to na zawsze.
Ah, te momenty, kiedy ja jestem o krok od spadnięcia z roweru, położenia się na poboczu jak przebita dętka i czekania na helikopter który zabierze mnie do szpitala, i widzę że Borsuk tymczasem jedzie sobie z nudów ósemkami i zygzakami, robiąc przy każdym skręcie tak "Szszszszszsz" "Szszszszszsz" - tak. Te momenty są trudne...
 
 
 
 
 
 
 

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Czy jeden dzień wakacji to wakacja?







Lato. W szkółce Planktonów w płytkiej kałuży na rafie nastał czas kanikuły, Bracia wysłani więc na obóz - na pełne morze, w wielki świat! Chyba się dobrze bawią, co wynika z listu, o, proszę:
 
 
 
 
Nawet zdjęcie grupowe dołączyli:
 
 
 
 
 
Jak widzicie, chłopaki zawarli nowe znajomości - tylko gdzie ja zmieszczę wielorypa? Albo łuć?
Figure krokodyla się może jeszcze pod kanapę wepchnie, albo w kącie na sztorc postawi (kurtki na zębach można powiesić, albo bluszczyk puścić)

A tu portreciki indywidualne elementów składowych naszej słodkiej grupki:



 
Mariusz. Trzy gałki oczne, siedem lodowych.
 
 
 
 
 
 
Wystraszony Krzysiek w Bartku.
 
 
 
 
 
 
Piotrek, co by wolał łuć.
 
 
 
 
I reszta:
 









 
 
 
Ktoś chce adoptowac jakiegoś? Krokodyl gratis.
(Przyślę ich w łodzi, proszę się nie kłopotać odsyłaniem jej)


Wielroryp Przemek albo nie zmieścił się w kadrze, albo wychowawca nie chciał na zdjęciu osobników spoza grupy.
 
 
......................................................

Pozostając przy słodkościach: w walce z Prince Polo nadal prawie codziennie przegrywam. Z tym że udaje mi się już kupować tylko po jednym, a nie po dwa.
(I nie, nie chodzę do sklepu dwa razy, nie)

......................................................

Zbieram lektury na wakacje. Co prawda z czytaniem na wakacjach to bywa u mnie dwojako - albo przeczytam milion książek, albo na siłę jedną. W tamtym roku to właśnie tylko jedną, bo wolałam gapić się na morze, takie było piękne. No ale nazbierać trzeba na wszelki wypadek.
("Hotel New Hampshire" to był, daję 4 gwiazdki na 10 i panu Johnowi Irvingowi już dziękujemy, reszty jego twórczości chyba nie przeczytam - nie porwał mnie ani styl, ani sama opowieść. Było tak, jakby autor ciągle silił sie na cyrk, zakręcenie i wariactwo, ale mu bardzo nie wychodziło)

Mam na razie "Mitologię nordycką" według Neila Gaimana, nie czytam choć kupiona jakieś 2 miesiące temu. Twardo trzymam na urlop letni.
Chciałabym "Żywoty diabłów polskich" Witolda Bunikiewicza, i "Konopielkę" Redlińskiego, ale nigdzie nie ma :(

Kupię "Czary i czarty polskie" Tuwima, i może "Czasomierze" Davida Mitchella.
 
I koniecznie "Słoneczne miasto" i "Lato" Tove Jansson bo znowu wydali nareszcie, a chyba tylko tych dwóch jeszcze nie czytałam.
 
 
Poza tym odkryłam stronę Czeskie Klimaty i nie zawaham sie jej użyć.
 
 
Jakieś propozycje jeszcze inne ktoś może, coś? Najlepiej jakiś smaczny reportażyk do tego koktajlu, coś prawdziwego o ludziach albo przyrodzie. Tylko nie o wojnach!!!
 
 

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Feels good...

...I've journeyed to the other atmosphere
And every breath I take just makes it clear
I'm holding heaven in my hands
It's automatic baby and it feels so good

Feels good
Feels so good

(Jamiroquai)


Umysł mi się rozlazł. Rozleniwił i wolniejszy bieg wrzucił.
Bo luuudzie, ja przez dwa tygodnie urlopu gapiłam się błogo na same piękne rzeczy: na pola wygrzewającego się w słońcu rzepaku, co krzyczał wesolutko na żółto z zylionów maleńkich gardełek, na czerwone maki fruwające w zbożu i trawie jak motyle, na soczyście zielone, bujne drzewa i ich odbicia w rzekach.

Wszędzie pełno kwiatów - w lesie, na polach i łąkach te śliczne, maleńkie dzikusy, a w ogródkach dumna, wypielęgnowana kwietna arystokracja. Kolory tak soczyste i gęste, że dosłownie można nimi karmić oczy i duszę, jeść je łyżkami, wykrawać ze światła sześciany barwnej galaretki.
A to spowaaaalnia, baaardzo. Tak pozytywnie oczywiście.

Na błękitne niebo się gapiłam, jak wygania białe baranki na niebiańskie pastwiska, i na zachód słońca wycinający pomarańczowym laserem czarną koronkę z drzew na horyzoncie (tak, tak, najpiękniejszy kicz na świecie :) Na wróble czające się na okruszki i pijące wodę z fontanny, na bażanty buszujące w zbożu i na gołębie śpiące na latarniach.

Patrzyłam też na świat z góry (konkretnie z dwóch gór) a nawet na burzę zdarzyło się patrzeć nie jak zwykle od spodu, z przegranej pozycji zmokłej kury, tylko z wysokości Śnieżki, stojąc na sucho w słońcu i gapiąc się prosto w jej zachmurzone oblicze wylewające w doliny potoki łez przetykane błyskawicami.

Czyli nareszcie miałam czas popatrzeć na wiosnę, co nie zdarzyło mi się od kilku dobrych lat. Bardzo mi się to podobało. Światło słońca przeświecające przez liście drzew (kasztanowce!!!) ładuje mi baterie. Jak na to patrzę, to mam wrażenie że jestem tu i teraz i nigdzie indziej być nie muszę, i mogę tak siedzieć, aż bluszczem porosnę.

Jeno komary rypały straszliwie. Atakowały całymi wampirzymi gangami, uzbrojone w naostrzone ssawki i nie bały się nawet słońca. Ale nic to, nic to. Do końca mnie nie zjadły, nie dały rady.

 
No i tak właśnie od tych wszystkich ładnych rzeczy umysł mi się całkiem rozlazł. Zwolniły te takie trybiki i kółeczka w głowie, obracające się w zawrotnym tempie nasuwającym podejrzenia o ukrytym gdzieś wsród nich, napędzającym je szalonym chomiku. Poluzowały się napięte sznureczki, szufladki jedne niedomknięte, inne zatrzaśnięte na fest, z jednej się jakieś kartki wysypują, do innej wlazły biedronki. Z tamtej trawa wyrasta.

Szybkostrzelna katapulta wyrzucająca 1000 myśli na sekundę też jakby zepsuta (oby jak najdłużej).

 
Bufor bezpieczeństwa, czyli jeden wolny dzień po powrocie z urlopu, ale przed powrotem do pracy, upłynął jakoś tak jak te chmurki po niebie - spokojnie, leniwo, powoli. Chociaż głowa mnie bolała straszliwie, bo pogoda znów zszarzała i namokła deszczem, a i wielogodzinną jazdę autem w gorąc też znoszę nie najlepiej (klimazytacja mnie zabija) to rzuciłam się na farbki jak wygłodniały sęp na soczystą sarenkę. Zaprawdę powiadam wam, tam dom mój, gdzie farbki moje.

Z czego wynika, że szczytem diablich marzeń byłby dom w przyjaznej strefie klimatycznej, wśród przyrody, gdzie można by było gapić się na nią do woli i malować.

Ehhh....

To co, po maczku?


 

 

 
 
 
 
 

........................................................


Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym się nie obżarła różnych rzeczy pysznych, nawet tych mi zakazanych. Ale jako człowiek o bardzo słabowitej silnej woli, myślę sobie zawsze "Ah, niech tam, w końcu urlop!" (a w innych sytuacjach analogicznie: "Ah, niech tam, w końcu taka sytuacja!" :))) no i żrę.

Nie będę się szczegółowo rozpisywać, bo macie z pewnością lepsze zajęcia niż czytanie listy jak z inwentaryzacji hurtowni spożywczej, ale pragnę tylko pokłonić się publicznie - ba! Na kolana paść, przed zupą borowikową mojej mamy, jej młodą kapustką z koprem, kluskami, bułą drożdżową nadzianą pomarańczową skórką, bo takich to nie zjecie NIGDZIE indziej. N-i-g-d-z-i-e. Jako i takich rzodkieweczek albo sałaty z działki mojego taty (ta sałata miała SMAK. Coś, na co sklepowa sałata reaguje: "Eeee... że co?"). Na pomidorki działkowe niestety za wcześnie.

A dlaczego polski koper pachnie inaczej niż niemiecki? Pojęcia nie mam, ale fakt jest faktem - polski pachnie koprem, a niemiecki zielskiem.

I jeszcze chcę złożyć hołd polskiemu kartoflu, któremu kartofel niemiecki to co najwyżej stonkę może iskać.

No, i jeszcze wrocławskiej restauracji Vega, która niezmiennie od lat czaruje wegańskimi gołąbkami w sosie greckim. Te teraz to spożyłam nawet w towarzystwie krokieta ziemniaczanego, surówki z białej kapusty i TA-DAAAAAM !!! FANFARY bo teraz najlepsze: Psa w Swetrze !!!! (znaczy Psa nie spożyłam, nie nie) który co prawda nie dość, że okazał się być człowiekiem, to jeszcze bez swetra - ale mimo tych drobnych niedociągnięć ;))) kilka godzin nam przeleciało jak przez dziurawe sitko, siup i nie ma.

Poza tym Nie-Pies-bez-Swetra zawiesza się na straganach ze skorupami - jak tu takiej nie polubić?! Oraz okazała się posiadać niesamowitą intuicję, bo:
1. Na powitanie wręczyła mi czekoladę (!!!!)
2. Czekała na mnie pod budką z - UWAGA UWAGA - z goframi XXL! No czy można się umówic w lepszym miejscu? No raczej nie! Albowiem jak świat długi i szeroki, takich gofrów jak w Polsce to nie ma nigdzie. Są tak zwane wafle, słodkie jak ulepek, miękkie jak zwiędły ogórek i niechrupiące. Błe. A gofr (gofer?) jest tylko jeden.

Więc sami widzicie, tyle tych high lightów było, żem jeszcze do dziś oślepiona i w powidoki zapatrzona. Maki mi latają na czerwonych skrzydełkach - uwielbiam maki! - w tle rzepak świeci, ptaszki świergolą ukryte w zieleni i pachnie koprem i skoszoną trawą.

A teraz standardowo lało cały tydzień, z małymi tylko przerwami na słońce. Na dodatek w tamten wtorek po pracy wchodzę do sklepu, który do tej pory był zawsze na wskroś niemiecki (Edeka) a tam Prince Polo !!!! Świeżutkie, chrupiące sobie leżą i na mnie patrzą tymi swoimi złotymi twarzyczkami. No to przygarnęłam dwa, tylko teraz nie wiem czy bardziej się cieszyć czy nie cieszyć - bo niby dobre, ale nowa pokusa do zwalczania... Nadzieja na zrzucenie pięciu kilo zbladła odrobinkę - a i tak niewiele mam w nią wiary.

 
Ehhhh, ale mi leniwo. Nic mi się nie che (oprócz malowania)
 

poniedziałek, 8 maja 2017

Kultura na codzień: przy stole i w kuchni. Umiejętna inspiracja dziełami wielkich artystów.

Ostatnio było tak: Borsuk siedzi w "dużym" pokoju (to jest naprawdę najpiękniejszy eufemizm budownictwa mieszkaniowego) i tv ogląda, ja stoję w kuchni i coś tam dziergam na obiad, strugam w kartoflu pejzaż z jeleniem na rykowisku zapewne, rzeźbię harmonijki z ogórków co wygrywają Bolero, jak się na nie dmuchnie, bo wszak kultura u nas nie tylko od święta a ja jestem wzorowym diabłem domowym. Na deser jabłka, ułożone jak nakazał Cezanne.
(i zaraz do piekła mnie na asap wezwą za te wszystkie kłamstwa, na dywanik do szefa Lucjana)

No więc strugam tego jelenia, mozolnie cyzelując uniesione w emocjach lewe przednie kopytko (rogi też bardzo trudno) i nagle słyszę "Chodź zobaczysz coś!" z pokoju. No to idę, czemu mam nie iść, skoro Borsuk mi chce coś pokazać. Odkładam dłutka i partyturę i idę, mała, pulchna, ufna istotka. Idę.
Wchodzę do pokoju A TAM!!!


Kalina, jak tu jestes, to teraz nie czytaj lepiej.

 

TAKI pająk!!! Jak talerz śniadaniowy, z grubymi nogami zakończonymi szpiczastymi szponami (te przednie takie wyjątkowo długie, chwytne i ruchliwe w stawach), umaszczeniem perfidnie naśladujący korę drzewa.

W telwizorze on był oczywiście, ale i tak aż mnie wykrzywiło i klątwy szkaradne z najbardziej mrocznych czasów Wielkiego Przedwiecznego jęły cisnąć się mnie na usta. Bo zaprawdę stopniem ohydztwa był ten egzemplarz opisywalny tylko słowami Lovecrafta, tymi jego sformułowaniami typu "bluźniercza forma życia wymykająca się ludzkiej wyobraźni" czy "obrzydlistwo, które wypełzło z samego dna gniazda pradawnego zła" i inne takie. Powiększone na cały ekran telewizora. A obok, prawie że ryjąc nosem w futerku na pleckach tego mieszkańca DALEKICH na szczęście lasów - zachwycony pan, opowiadający jak straszliwie jadowity jest ten tu oto przedstawiciel rodziny Satano infernale.

Tacy ludzie chyba mają coś poważnie nie tak z berecikiem, naprawdę. Nie to, że się fascynują, bo to rozumiem, ale że podchodzą tak blisko do czegoś, co jednym ciosem ząbka może ich zabić, i to całkiem na śmierć.



Dobra, Kalina, już możesz.


No taki ten Borsuk dobry, że zapragnął podzielić się że mną tym widokiem.
Reszta dorzeźbionego potem rykowiska przybrała jednak wygląd dosyć niepokojący i złowieszczy, jelonek łypał złym okiem, a ogórki zamiast w lekkostrawne Bolero, poszły bardziej tak jakby w ciężkiego Wagnera, i harmonijnie skomponowany posiłek szlag trafił.



...............................



A wczoraj to mieliśmy takie dziwne zjawisko atmosferyczne tutaj, jeżeli dobrze pamiętam to nazywa się to słońce. Kojarzycie? Taka duża, świecąca, ciepła kulka na niebie. Bardzo to było ładne, świat stał się nagle przyjemnie kolorowy, niebo niebieskie, w duszy lekko i miło się zrobiło, poszliśmy nawet na lody i szejki do wegańskiej ciastkarnio-lodziarni, gdzie wszystko smakuje jak w raju, szczególnie jak ktoś, tak jak ja, nie lubi smaku śmietany. W związku z czym wypiłam szejka czekoladowego a potem pożarłam ciasto, którego spód (gruby spód!) był zrobiony z pokruszonych wafli w czekoladzie, a na wierzchu były owoce takie leśne i jakiś tam nieśmietanowy krem. Normalnie ekstaza była to najprawdziwsza.

No i wszystko pięknie, tylko że kontrast między tym dniem słonecznym a całą reszta dni zimnych, szarych, deszczowych i wietrznych był tak duży, że fizycznie trochę padłam na ryj. Było niby tylko 20 stopni, ale czułam się jakbm wędrowała przez Saharę w samo południe. Odzwyczaiłam się po prostu. Szok termiczny.
Ale dzisiaj znowu chłód i słota, i sromota, więc już "normalnie" jest.



...............................



A skoro dziś taka notka rodzinna, to patrzcie, o taka rodzinka zodiakalna pojechała do kraju, którego symbolem jest zwierzątko, przebrane na jednym ze zdjęć za ołówek.

(Ojciec rodzinie spytał ponoć "A co to jest?". Nie rozpoznał. Z czego wynika, że portrecista ze mnie marny ;)






 
 
 

 
 
 

 
 



 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...